Nazwa:

Wycena: 

Długość/wysokość:  

 

Przewodnikowy czas przejścia: 1-2 dni

Wystawa: W-N

Lokalizacja:  Chamonix

Pierwsze przejście: 

Pierwsze przejście zimowe:

Pierwsze przejście polskie: 

Dojście / Dojazd / Logistyka:

OPIS:

opis oficjalny: 

Po ponad 7 godzinnym podejściu, około godziny 17:00 stajemy w przelotnym deszczu u podnóża zachodniej ściany Petit Dru. Zaraz potem znajdujemy bardzo przytulną platformę, na którą rzucamy dwusekundowy namiot, w którym planujemy „o suchym ubraniu i szpeju” przespać przewidzianą na dzisiejszą noc burzę. Czując wielki respekt przed tym żywiołem ustawiam dwa kijki narciarskie z włókna węglowego na wzniesieniach obok naszego namiotu, wierząc, że spełnią rolę piorunochronów. Wspomniana burza ma swoje apogeum około godziny 21:00, kiedy to piszę SMS’a do kolegi Kacpra Kłody- który jest w Chamonix- z informacją, gdzie jesteśmy i umawiamy się na następny kontakt około godziny 4 rano przed naszym wyjściem. Finalnie okazuje się, że burza tylko postraszyła i jedynie otarła się o nasz teren. Budzik dzwoni o 4:00 rano, jednak karygodne lenistwo i brak dyscypliny w naszym zespole sprawia, że wychodzimy z namiotu dopiero 45 minut później. Finalnie około 45 minut po nastaniu jasności, stajemy związani pod ścianą. Pierwszy fragment ściany do wielkiego tarasu (5-6 wyciągów o trudnościach IV-V), który jest wyposażony w ringi prowadzę na jeden wyciąg asekuracji lotnej. Następnie biorę znowu szpej i przechodzę kolejne dwa wyciągi na własnej asekuracji na jeden lotnej, tak że znajdujemy się już pod legendarnym 40 metrowym zacięciem „na Dulfera”. Dochodzi do mnie mój partner i to on, na lekko- bez żadnego plecaka- prowadzi następny trudny wyciąg za 6b. Następnie powracamy znowu do starego systemu: -ja prowadzę z małym plecakiem, a na drugiego Łukasz idzie z tym nieco większym worem. Po czym pokonujemy na sztywno około 3-4 długości 50 metrowej liny, napotykając po drodze wachlarz trudności pomiędzy V+ a łatwym 6b. W ten sposób dochodzimy finalnie do podnóża pierwszego wielkiego zacięcia, przed którym to, po prawej stronie znajduje się jeszcze zapychowe 25 metrowe zacięcie z pokaźną ilością starych pętli i haków. W tym momencie dzwonię do Józka Soszyńskiego, który to wraz z Gosią Jurewicz. przeszli naszą drogę jakoś tydzień przed nami. Z uzyskanych od kolegi informacji wnioskuję, że wszędzie da się iść, i w lewo i w prawo do zapychu, więc ja wybiera kompromis- pójście na wprost. Okazuje się to strzałem w dziesiątkę, gdyż łatwy teren około IV szybko doprowadza do pierwszego wielkiego zacięcia, którym w lekko mokrym terenie o trudnościach około V+, wspinamy się aż do trawersu wyprowadzającego na małą półkę, gdzie buduję stanowisko i ściągam Łukasza. Po zebraniu szpeju prowadzę kolejne trzy wyciągi (V, 6a+, IV) na lotnej, by finalnie dotrzeć do wielkiej biwakowej półki, nad którą znajdują się dwa wyciągi cruxa w drugim wielkim zacięciu. Pierwotnie zakładaliśmy, że to Łukasz będzie prowadził wspomniane trudności. Natomiast ze względu na to, że bardziej chciałby odpocząć, to ja po paru metrach klasyka wchodzę w hakówkę w ów pięknym zacięciu. Prowadzę w ten sposób oba wyciągi za 6c, które w rzeczywistości przypominają harde 7a+. Kiedy po drugim wyciągu Łukasz dochodzi do mnie z worami, okazuje się, że wyszliśmy za bardzo w prawo. Jednakże dotrawersowanie do hakówki po nitach-która wyprowadza Directe Americaine na północną ścianę jest nieasekurowalne i zbyt ryzykowne. Zmusza mnie to, do wykonania maleńkiego wahadełka z powrotem do zacięcia, skąd hakówką jeszcze około 8 metrów do pierwszego nita. W połowie tego wyciągu nastaje noc, więc przy świetle czołówki, patrząc w wolnych chwilach na światła Chamonix, ściągam do siebie plecaki, a potem partnera. Ostatecznie po północy kładziemy się na przeciętej w pół karimacie i plecaku. Do snu okrywamy się workami ratunkowym NRC- nie braliśmy śpiworów.

 

 

Rano około godziny 8:00 przywitał nas miły widok, napełnionych do pełna obu butelek na wodę, które przed snem ustawiliśmy pod topniejącym płatem śniegu. Po przeklarowaniu szpeju, rozpoczynamy drugi dzień wspinania. Prowadzę na lotnej około 2-3 wyciągi na jeden, który kończę w naprawdę trudnym zacięciu które wycenił bym na techniczne 6b. Po dojściu do mnie Łukasza, postanawiam przejść wspomniany fragment zaciątka znowu hakowo, gdyż każdy lot skończył by się na głowie asekuranta. Następnie idę aż skończy mi się lina, i w lekko kruchym (jak to na północnej ścianie) terenie, o trudnościach około III i zakładam stan z kamienia. Kolejne 2-3 długości liny na lotnej, doprowadzają nas do wielkiej półki z dużą ilością gruzu, skąd według schematu pozostaną nam już tyko ostatnie 3 długie wyciągi do końca drogi. Kiedy to stajemy pod ostatnim spiętrzeniem przed grańką, która to mamy nadzieję, doprowadzi nas na szczyt Petit Dru. Klarujemy jedną połówkę liny do plecaka, a drugą składamy w pół. Jednak po załojeniu przeze mnie ostatnich 15 metrów do przełączki, okazuje się, że grań szczytowa jest trudną obła formacją i praktycznie nieasekurowalną. Zmusza mnie to do skorzystania z zastanego nowego stanowiska z repa i dwóch nowiutkich kości offsetowych i wykonania szybkiego 7 metrowego zjazdu na półkę z piargiem. Trawersujemy ją w lewo, w stronę szczytu z widoczną figurą Najświętszej Mari Panny. Po trzech wyciągach lotnej na krótkiej linie, docieramy wreszcie na wierzchołek Petit Dru i tym samym kończymy dwudniową wspinaczkę drogą Directe Americaine w stylu 4xA0/A1 Flash (z telefonu do Józka oraz wideo z YouTuba) o trudnościach ED- 1000m 6c.

 

Po krótkiej chwili radości i zastanowienia nad powrotem na dół, o godzinie 16:00 rozpoczynamy zjazdy ze szczytu. Już na pierwszym zjeździe znajduję około 8 metrów nowej liny połówkowej. Znalezisko jest prognostykiem tego, że będzie trzeba jeszcze jej użyć na zjazdach. Kolega Józek mówi nam przez telefon wyraźnie: „jeden krótki zjazd, a potem trawers 30 metrów w lewo”. Jednak my nie znajdujemy niczego co prowadziło by w lewo, a zamiast tego natrafiamy na ciąg zjazdów, prowadzących w orograficzne prawo. Tak też wykonujemy około 8 zjazdów po licznych starych stanowiskach, przeważnie na około 40 metrów liny. Następnie dojeżdżamy do wielkiego południowego kuluaru Petit Dru, który się urywa w połowie ściany. Po przekroczeniu go, kontynuujemy zjazdy, starając się trzymać orograficznej lewej strony. W czasie 9 zjazdów, podczas których spadający kamień przecina nam zieloną polówkę liny, odczuwamy już zmęczenie, które z jednej strony powoduje zostawienie nowego frienda jako backupa na stanowisku zjazdowym. Z drugiej strony jednak grzmoty i dowiewane do nas krople deszczu z burzy na Igłach- której nie było w prognozach- dodają nam dodatkowego spręża. Finalnie docieramy na lodowiec, gdzie ubieramy raki, wyciągamy sobie po czekanie i szykujemy linę z węzełkami. Wtem słyszymy ogromny obryw seraka. Wyzwala to we mnie automatyczny odruch rzucenia się do szczeliny z solidnym sklepieniem. Obryw jednak przelatuje parę metrów obok nas i wiemy już, że trzeba stąd szybko uciekać. Mamy 3 drogi ucieczki. Pierwsza- górą do schroniska- z czego około 1/4 to przejście po 50 stopniowym płacie śniegu. Druga- na bok do granicy lodowca, skąd na oko jeden wyciąg wspinania do grzędy, na której znajduje się schronisko. Trzecia- najdłuższa droga, prowadzi w dół- wzdłuż lodowca. Wybieramy opcję nr 1- pod górę. Nim dochodzimy do 100 metrowego płatu śniegu o nachyleniu 45-55 stopni, który ma być szybkim i bezpiecznym sposobem na pokonanie 1/4 drogi. Musimy już zrobić jedno wahadło na drugą stronę szczeliny, wykonać dwa skoki nad lodowymi przepaściami i zrobić parę przejść po lodowych mostkach i grańkach. Płat śniegu przechodzimy na całe 100 metrów związanej liny, tak aby dotrzeć do wielkiego uskoku z ponad 25 metrowymi serakami, na które wchodzenie z jedną dziabą i w miękkich butach, bez śrub lodowych było by igraniem ze śmiercią. Gdy dochodzi do mnie Łukasz, jest 2:30 w nocy i po ciemku, nie widząc żadnej drogi wyjścia z tego trudnego lodowca, postanawiamy wykonać awaryjny biwak. Wybieramy miejsce, które wydaje się nam najmniej narażone na spadające obrywy. Okazuje się jednak, że lodowiec już trochę ostygł i przestał się sypać. O godzinie 6:00 rano znowu związujemy się liną, by labiryntem lodowych kominów (był nawet jeden za WI3+), śnieżnych mostów, skoków nad szczelinami i lodowych grani obejść blisko 30 metrowy uskok, dzielący nas od prostej drogi do schroniska. Finalnie po 8:00 jemy śniadanko za 10 euro w Le Refuge de la Charpoua- ja stawiam! Tego samego dnia wracamy jeszcze pod zachodnią ścianę Dru po namiot, JetBoila i pare gratów, by przespać ostatnią noc już na lodowcu Mer De Glace. Następnego dnia rano, zjeżdżamy pierwszą kolejką o 10:00 do Chamonix. Udało się.

 
OPIS BARDZO NIEOFICIALNY :

Na początek trochę logistyki.
 
Pierwsze 1000metrów w pionie z chamoni możemy pokonać kolejką, która wywozi nas na 1900metów nad poziom moża. z tego miejsca druu może wydawać się być dość blisko lecz to tylko złudzenie. Gdyż aby ku niemu dotrzeć musimy wpierw przetrawersować kawałek zbocza by zejść po drabinach około 200 metrów aby znaleść się w ogóle na lodowcu Mer de Glace. Kiedyś Niemal że bezpośrednio naprzeciw drabin zejściowych znajdowały się drabiny wejściowe prowadzące ku druu.
 Jednak to już historia. 
Dowiedziałem się o tym w 2018 roku kiedy to wraz z kolegą Jedrkiem przez parę godzin błądziliśmy po lodowcu szukając miejsca gdzie dało by się wspiąć po piargach, co zmusiło nas ostatecznie do podjęcia decyzji o przeniesieniu się na drugą stronę doliny skąd prócz przyjemnego wspinania i małej niespodzianki z gazem mogliśmy dobrze przyjżeć się prawdopodobnym opcją podejścia jak i zejścia z tego wieszchołka. – zwłaszcza po zmroku wypatrując w oddali światłą schodzących zespołów. 
 
Następną okazję zapatentowania podejścia pod druu miałem zimą 2019. kiedy to przechodziłem tamtey 4 krotnie podczas mojej i taty próby przejścia północnej ściany grandes Jorasses. 
Jednak i tym razem nie udało mi się namieżyć tych legendarnych poręczówek. 
 
Więc idąc na druu ostatecznie byłem zdeterminowany związać się liną już na lodowcu i przewspinać te piargi tak poprostu. Tak też zrobiśliśmy i przypadkiem w połowie wysokości natrafiając na legendarną poręczówkę,,, nad którą zostawiliśmy depozyt nadmiarowego jedzenia by udać się z namiotem pod zachodnią ścianę. NIestety z namiotem gdyż w noc poprzedzającą nasz wspin prognozowana była burza i tylko namiot dawał nam pewnośc przespania sie konfortowo czyli „o suchym ubraniu i szpeju”. Wspomnę jeszcze że w ramach piorunochronów rozstawiłem dwa karbonowe kijki trochę dalej od namiotu 🙂 
 
wstaliśmy za późno bo o 4:45 by finalnie 45 minut po świcie o 6:30 rozpocząć wspin. Pierwsze 6 wyciągów niepotrzebnie obitego terenu pokonujemy na jeden wyciąg lotnej asekuracji. Jest tam na tyle łatwo, i naszym zdaniem bezpiecznie,  że zdarza nam sie wpinać do co drógiego a nawet do co- trzeciego ringa na drodze.  
 
już po parudziesieciu metrach zauwarzamy że kolejne Wyciągi są naprawde bardzo ładne, ale i dość wymagające jak na ich piątkowe trudności.       A ich wyceny mają niewiele wspolnego z takimi na przykłąd piątkami w sokolikach….
 
tównież na tej jak i innych trudnych drogach górskich miałem z tyłu głowy to samo. aby podczas możliwie jak najszybszej wspinaczki, zwłaszcza na dole, cały czas pamietać aby wszystkie ruchy wyonywac na maksa technicznie aby kosztowały możliwie jak najmniej sił, gdyż wiadomym jest że trudności dopiero na nas czekają a wspinanie będzie trwało cały dzień albo i o wiele dłużej.
 
 
to własnie pod tym miejscem zakończyliśmy pierwszy kilkuset metrowy wyciąg lotnej, który zajoł niecałe 2 godziny i zaczeliśmy wspinanie na dwóch kolejnych wyciągach na jeden lotnej tym razem już normalnie na własnej asekuracji, zwłaszcza drugi wyciąg oferował bardzo ładne wspinanie rysowe i prowadził  do charakterystycznego, lekko przewieszonego, 40 metrowego zacięcia na dlifra, wycenionego za solinde 6b które na lekko-czyli bez plecaka poprowadził Łukasz. 
 
Powyżej zacięcia powracamy znowu do starego systemu: -ja prowadzę z małym plecakiem, a na drugiego idzie Łukasz z większym worem. Po czym pokonujemy na sztywno 4 długości 50 metrowej liny, napotykając po drodze wachlarz trudności pomiędzy trudnymi V+ a łatwymi 6b.  
 
Podczas asekuracji na tym stwnowisku maiłem okazję dokładnie przyjżeć sie możiwym wariantom dotarcia pod północną scianę druu zimą od strony agietere. wspomnę że Zimą ten wariant dojścia pod ścianę bywa bezpieczniejszy pod względem zagrożenie lawinowego i łatwiejszy o ile uda nam się wyjechać kolejką na 2700. 
 
 
 
Jak widać Pierwsze trzy wyciągi terenu nad zacieciem na dilfra były wspinaniem w pięknych rysach na palce natopmiast czwarty wyciąg to trochę boulderowe wejście w rysę nad iglicą gdzie ucieszyłem się z napotkanej pętelki wystającej z skały, jednak po chwili okazało się że pętla była tylko tak wsadzona w rysę -dla ozdoby a nie do asekuracji. Nstępnie Nad wspomniannym mejscem czekał na nas jeszcze spory fragmęt wspinaczkowego terenu który wyprowaza dopiero do wielkiej pólki skalnej z podejżanie zapychowo wyglądającym zacięciem nad nią. Wtedy to z obawy przez ryzykiem zapychu zadzwoniłem po raz drógi do kolegi józka szosyńskiego który to wraz z gosią jurewicz robili tą drogę tydzień przed nami. 
 
Po 7 minutowej rozmowie wyciągnołem jedyny wniosek że trzeba zaryzykować i spróbować znaleść latwiejszy i mniej podejżany teren niż zapychowe zacięcie ze sporą ilością taśm, a gdy dopiero się to nie uda, to sprobowac cisnąć tyn zacięciem. 
 
zaczołem więc wspinanie blisko od razu po lewej stronie od zapychowego zacięcia i po przejsci paru metrów w ryskach na małym filarku dotarłem do łatwiejszego terenu który dawał szanse na to że jesteśmy na dobrej drodze co finalnie potwierdziły napotkane stare pętle na stanowisku. Przeciągneliśmy w ten sposób trudny wyciąg do półki z zapychem o półtora dłogości kolejnego łatwego na lotnej aż do  ostatniego miejsca w którym jeszcze w dotyka się lewej ściany pierwszego wielkiego zacięcia które nazywane jest zacięciem MAILLY (MAiLLI’EEGO).
 
Tak więc w mokre zacięcie Maillego wszedłem z całym szpejem by pokonać w nim jeden wyciąg i wytrawersować z niego kolejnym w prawo co zrobiłem na jeden wyciąg asekuracji lotnej aż do półki pod króchym zacięciem. 
 
Kruchę zacięcie było na dole proporcionalnie łatwiejsze od poprzednich piątkowych wyciągów które przeszliśmy do tej pory… ale już od pierwszysch metów dało się wyczuć że skała tam jest podejżana więc musieliśmy poruszać się bardzo ostrożnie. 
 
na porzegnanie kruchego terenu w jeszcze musimy wykonać parę ruchów po tych wiszących kilkudziesięcio tonowych wampirach skalnych.
 
Powyżej kruchych bloków natomiast znajduje sie bardzo eksponowane przewinięcie w prawo na płytkę wychodzącą z lewego zaciątka która prócz niezapomnianych widoków ma parę przechwytów na których trzeba dobrze sie trzymać.
 
Dalej nad tym miejscem kontynujuąc wspinanie na lotnej weszliśmy w kominowaty teren który na szczęście odizolował nas od pokaźnej lufy za plecami. To właśnie tutaj po raz drógi udało mi się nabrać na wiszącą pętlę do pseudoasekuracji która nie nie będąc nigdzie przełożona stanowiła jedynie ozdobę.
 
Idąc tym terenem my do wielkiej biwakowej półki nad blokami która znajduje się u podnuża 90 metrowego zacięcia. 
 
Po przejściu Pierwszeg IV kowego wyciągu liczacego około 20 metrów znaleźliśmy się pod pierwszym z dwóch wyciągów za 6c które są kruxem całej drogi, 
Jednkanże  mimo że całego kruxa przeszedłem hakowo to było tam i tak na tyle trudo że nawet nie pomyślałem o tym aby wlączyć kamerę. 
Dlatgo widzicie teraz szybki teleport akcji od razu do asekuracji połączonej z worowaniem plecaków ze stanowiska po pierwszym trudnym wyciągu. 
 
W tym momęcie kończę wspinanie hakowe na drugim kruxowym wyciągu  i przechodzę w klasykę którą dochodzę do starego stanowiska gdzie kończy się orgnalna wersja drogi americane direte gdyż nie kontynuuje się wspinaczki dalej tą drogą od czasu wielkiego obrywu skalnego na petit druu w 2005 roku, tylko ucieka się w lewo spowrotem do zacięcia aby dotżeć do starych nitów po których hakowo trawersujemy około 15metrów w lewo do przewinięcia na północną ścianę. 
 
Aby jednak dojśc do hakówki z nitami trzeba albo poknać obły rajbung z bardzo słabą asekuracją z czego zrezygnowaliśmy na rzecz przeniesienia stanowiska niżej by wykonać ktocitki zjazd i wachadło z powrotem do zacjęcia skond hacząc po ciemku doszliśmy do tych naprawdę bardzo starych nitów by przetrawersować po nich na połnocną ścianę.  
 
 
Tam na wielkiej półce skalnej ubraliśmy na siebie wszystkie ubrania jakie mieliśmy i o pólnocy położyliśmy się spać na kawałkach przeciętej w pół cienkej karimaty i w workach z foli NRC – gdyż nie braliśmy spiworów. 
 
 
Następnego dnia po 8 przywitał nas bardzo miły widok prawie napełnionych do pełna póltoralitrowych butelek na wodę, które przed snem ustawiliśmy pod jedynym płatem śniegu jaki znajdował się na naszej póle biwakowej. średnio kapała jedna kropelka na 2-3 sekundy ale to wystarczyło.
 
 o 9 rano zaczeliśmy kontynuwanie wspinania oczywiście na lotnej w kierunku wieszchołka drogą aleina. z zasłyszanych infora  macji wynikało że półoncna część to czysta forlaność. Jednak pierwsze IV -kowe zacięcie nad biwakiem jak kolejne dwa wyciągi wycenione na IV+ i V- dały nam do zrozumienia że będzie to wyjatkowo trudna formalność. I od połowy wpomnianego V -kowego minus wyciągu topo nam się już nie zgadazło. Według schematu powinienem przektoczyć jakąś turniczkę w prawo, lecz prawdopodobnie nie udało mi się tego zrobić i założyłem stanowisko przed trudnym miejscem które było płytką ryską wokół ciasno wklejonego obłego bloku skalnego. Po dojściu do mnie łukasza postanowiłem od razu pokonać to miejsce hakowo co było chyba najrozsądniejszą opcją w zaistniałej sytuacji z dużym wspólczynniikiem opdadniecia i partnerem od razu pod stopami. Ten około 7 metrowy odcinek wycenił bym raczej na tamtejsze 6b niż na V- minus. śmiem podejżewać że jest cień szansy na to że wbiłem się w orginalną rysę alaina zamiast iśc faktycznie Vkową rysą martinetti’ego. Ale ostatecznie nie mam pojęcia. 
 
 
 
Za to po tym fragmęcie hakówki weszliśmy w łatwiejszy teren który chwilowo zgadzał się z naszym schematem że niby nad tą hakówką powróciliśmy na dobrą drogę którą kontynuowaliśmy wspin na lotnej przez jeszcze delikatnie ponad dwa wyciągi oscylujące w granicach IV+ a V- aż do platformy z której można było zobaczyć znowu zachodnią ścianę. nad  którą założyłęm kolejne stanowisko. 
 
Powyżej platofrmy zamiast natrafić na dwa wyciągi kolejno za V- i V+ jak było na schemacie, natrafiłem na lekko kruchy i raczej VI kowy teren z jednym technicznym paro metrowym trawersem po obłej płycie który jedynei mógł mieć Vkę. Pokonaliśmy te dwa wyciągi znowu na jeden lotnej i dotarliśmy do wielkiego tarasu z piargami
 
 
 Nad tarasem następny V-kowy wyciąg naszej drogi miał prowadzić kawałek prosto poczym mieliśmy skecić w prawo i iść dalej prosto jeszcze przez kolejy wyciąg aż do grani szczytowej. 
 
My natomiast poszliśmy narzucającym się kominem nad starym hakiem który był raczej czwórkowy i prowadził lekko w lewo. Powyżej komina weszliśmy w trójkowy teren z jedynie pojedyńczymi trudniejszymi momętami (mniej więcej piatkowymi) polegajacąymi na wejściach na kródkie progi skalne czy samo ostateczne wejście na  grań szczytową.
 
około 15 metrów pod wspomnianą granią szytową schowaliśmy jedną połówkę liny do plcaka aby kontynuować wspina na któdszej linie
 
Jednak po wejściu na grań okazała się ona być abstrakcyjnie trudna i kompletnie nieasekurowalna. Znalazłem na niej róweniż nowiutkie stanowisko z dwóch kosttek i repa z którego pokornie wycofałem się 7 metrowym zjazdem by kontynuowac wspinanie trawersem po kruchych piargach w lewo do szczytu. 
 
 
Nad czujnym trawersem po kruszynie musieliśmy pokonań jeszcze dwa paru metrowe progi skalne z rysami z czego pierwszy był trudniejszy bo o trudnościach w granicach V-ki a drugi raczej czwórkowy by finalnie dotrzeć do bardzo łatwego 50 metrowego terenu pod szczytem… 
 
alleluja alllelja alleluja!!! 
 
 
 

Zejście / Zjazdy:

Po paru naprawdę pięknych chwilach na szczycie petit Dru, po godzinie 16;00 przyszła pora na zjazdy. miejliśmy pare możliwości,
 pierwsza to zjazd połnocnym kuluarem z przełęczy jednak baliśmy się trochę kruszyzny po połnocnej stronie 
druga to wejście na wieszchołek grand druu i zjaz z niegi ale mieliśmy już serdecznei dość wspinania tego dnia
trzecia ktorą my chcieliśmy wybrać zakładała że po dwóch zjazdach trawersujemy bardzo mocno w orograficzne lewo jednak my nie znaleźliśmy tych stanowsisk i pojechaliśmy prosto w dół tak że przejechaliśmy nawet koło koleby na przełęczy z widokiem na zachodnią ścianę oraz przekroczyliśmy wielki podłódniowy kuluar druu pod którym niestety przez nieuwagę kamień przecioł nam jedną połówkę liny co spowalniało nas w kolejnych zjazdach 
 
Mimo że byliśmy na złej lini zjazdów napotykaliśmy ciągle na liczne stare stanowiska zjazdowe… 
 
 
Tak oto po 6 godzinach zjazdów o pólnocy znaleźliśmy się na najtrudniejszym lodowcu jaki kiedykolwiek widzieliśmy. 
Już gdy ubieraliśmy raki usłyszeliśmy głośny obryw seraka obok nas. Natychmiast ze strachu wskoczyliśmy do szczeliny aby tam przeczekać to trzęseni ziemi i ubrać raki do końca.
 
 Drogi wyjścia z lodowca były trzy:
 
pierwsza to zejście w dół lodowca,
 
druga przetrawerrsowanie go i pokonanie wspinaczkowo  progu na kórym mieści się schronisko 
 
 trzecia opcja zakładała kródki trawers i wyjście do góry lodowca w celu ominięcia progu skalnego,
 -do trzeciej opcji przekonał nas ponad 100 metrowy język śni  doszliśmy już musieliśmy przeskoczyć parę razy nad szczelinami, zrobić wachadło na drugą stronę szczeliny czy przejśc po iluzorycznym mostku lodowym, nad płatem lodowym o 2;30 w nocy napotkailśmy serak o wysokości ponad 20metrów na którego nie było szans wejść z jedną dziabą co zmusiło nas do rozeznania się w ewentualnych opcjach ratowania nas przez służby i ostatecznie do kolejnego biwaku, spaliśmy na małej pólce lodowej ocuniętej możliwie daleko od sypiących się brył lodu,
 
 po trzech i pół godzinach snu o 6;00 zaczeliśmy znowu chodzić po lodowcu w poszukiwaniu wyjścia z tego labiryntu. całe szczęscie lodowiec już
 
 do tego czasu ostygł i przestał się sypać
po przejściu lodowego kominka  za wi4 bez przelotów i koejnych paru sokach nad szczelinami wytawersowaliśmy wreszcie z lodowca by przed 9 rano kubić sobie dwa śnadania w schronisku które dały nam energię do powrotu po namiot pod zachodnią ścianą, i zejście na mer de glas gdzie po czawrtym już bywaku następnego dnia zjechaliśmy pierwszą kolejką do szamoniowa. 

Sprzęt:

2x50m dużo frendów i kości 🙂 

Historia Drogi:

z

ZDJĘCIA:

FILMY:

bbb